Badania,  Codzienność

Drenaż uszu

Starszy syn miał zakładane pierwsze dreny przy okazji przeszczepu kości do wyrostka zębodołowego. Były one tymczasowe i wypadły około półtora roku po ich założeniu. Niestety płyn zaczął zbierać się znowu i pomimo stosowania środków farmakologicznych nie udało się go pozbyć. Dlatego też zdecydowaliśmy się na kolejny drenaż, tym razem z użyciem drenów stałych.

Kwarantanna

Chcieliśmy, żeby dreny założył nasz laryngolog na NFZ, jednak terminy były dość odległe. Zabieg można było również wykonać prywatnie, ale daty wcale nie lepsze. Mimo wszystko byliśmy w stałym kontakcie z Panią planującą zabiegi, w nadziei, że jakiś termin na NFZ się zwolni. Tak też się stało.

Szczęście w nieszczęściu było takie, że w naszym domu akurat w tym czasie panowała kwarantanna, która miała się skończyć dopiero 2 dni po wyznaczonym terminie, więc szanse na zabieg w tym czasie były zerowe. Mimo braku oznak jakiejkolwiek infekcji, sanepid nie wydał zgody na przerwanie kwarantanny.

Pani z Centrum Medycznego wykazała się bardzo dużą empatią – wiedziała, jak bardzo zależy nam na szybkim wykonaniu zabiegu i postarała się o zmianę terminów z innym pacjentem. Udało się! Zabieg mógł się odbyć kilka dni później, po skończonej kwarantannie.

Najistotniejsze w tamtym momencie było wykonanie badań. Na 3 dni przed zabiegiem musieliśmy wysłać wyniki morfologii razem z układem krzepnięcia (APTT, PT, INR). Synek zdecydowanie źle wspomina wizytę w pokoju zabiegowym i o ile do dentysty chętnie wróci, to na pobranie krwi – bez szans 😉 Kiedy tylko otrzymaliśmy wyniki badań wysłaliśmy je mailem na podany adres. 

Przyjęcie na oddział

Drenaż wykonywany był w szpitalu w Częstochowie. O 7:50 mieliśmy się stawić na miejscu. Jako, że jesteśmy z Krakowa to nie bardzo chcieliśmy ropoczynać dzień od mega wczesnej pobudki, więc wynajęliśmy pokój na tę jedną noc i przyjechaliśmy wcześniej.

Na oddziale z dzieckiem może przebywać tylko jedna osoba. O wyznaczonym czasie mąż z synem stawili się na miejscu. Dziecko musi być na czczo. Po wejściu od razu została im zmierzona temperatura i wskazano miejsce do siedzenia na korytarzu – dystans zachowany 🙂 Pani przekazała kartę pacjenta do wypełnienia i trzeba było czekać.

Korytarz pry recepcji

Dobrze mieć ze sobą wyniki z grupą krwi – nas o tym nie poinformowano wcześniej. Na szczęście mieliśmy je wykonywane przy okazji operacji rozszczepu, więc podesłałam wyniki mężowi.

Około 8:30 synek miał wykonany test na COVID (wymaz z nosogardzieli). Nie był z tego powodu zachwycony, ale humor mu się poprawił, jak się okazało, że nie jest jedyny 😉 Mąż również miał pobieraną próbkę. Wszystko wciąż odbywało się na korytarzu. Dopiero po tym procederze mogli się udać do rejestracji i zostali przyjęci na oddział.

Uff… wymaz za nami 🙂

Oczekiwanie

Po 9:00 byli już w schludnej sali 2-osobowej z łazienką. Tam kolejna papierologia – do wypełnienia wywiad epidemiologiczny i karta oceny ryzyka zakażenia przy przyjęciu pacjenta do szpitala. Pamiętajcie, że dziecko od rana nic nie jadło, więc zaczyna się marudzenie, że głodne, że nudno.

Karta wywiadu epidemiologicznego
Sala dwuosobowa

Około 10:00 synek dostał syrop uspokajający. Połowę wypluł, ale jak się potem okazało syrop i tak świetnie działał. Syn zaczął przelewać się przez ręce i opowiadał jakieś głupotki.

Drenaż

Po 10:30 zawołano go na blok. Mąż wziął go na ręce (bo sam nie był w stanie iść) i przekazał go Pani anestezjolog. Syrop wciąż działal, więc syn po prostu poddał się temu co się działo.

O 11:00 było już po wszystkim. Z sali zabiegowej syn wrócił z kroplówką. Wenflon musiał pozostać w ręce aż do wypisu, co było bardzo uciążliwe dla niego.

Po 2 godzinach od zabiegu można się napić wody. Jeśli wszystko będzie ok to można zjeść coś lekkostrawnego.

I do domu

Lekarz od samego rana operuje i dopiero gdy skończy zajmuje się wypisami. W tym dniu w szpitalu było 12 dzieci oczekujących na różne zabiegi. Akurat drenaże szły na pierwszy ogień, na nasze szczęście. Mimo wszystko czas się bardzo dłużył, więc warto wziąć dla dziecka coś, co umili mu tam czas, a przy tym nie będzie go bardzo angażowało. 

Koło 15:00 tego samego dnia już mogliśmy wracać do domu. Kontrola po ok. 6 tygodniach.

Ważną informacją dla nas było to, że dreny stałe w przeciwieństwie do tymczasowych nie wypadną same. Będzie trzeba powtórzyć cały proceder od nowa, żeby je wyciągnąć. Odbędzie się to w wieku ok. 5-6 lat, kiedy dziecko na tyle urośnie, że dreny już nie będą potrzebne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *